Partner artykułu czytaj ten artykuł
Wyjechały z Polski z różnych powodów. Magda – z miłości. Karolina szukała dla siebie w świecie miejsca. Podobnie jak Nastazja, która zafundowała sobie świetny start kariery dzięki wyjazdowi. Osiągnęły sukces, poukładały sobie życie i nie zapomniały, skąd pochodzą. Ich historie działają na wyobraźnię.

Magda Muszyńska-Chafitz

Magda Muszyńska-Chafitz

Źródło: Archiwum prywatne

Z Białegostoku do Nowego Jorku

Magda Muszyńska-Chafitz nigdy nie pomyślałaby, że właśnie tak potoczy się jej życie. Zawsze dużo podróżowała, ale Amerykę Północną omijała szerokim łukiem. Amerykański styl życia, szybki i wymagający, jakoś jej nie pasował. Ale jak to w życiu bywa – zadecydował los. A może strzała Amora?

– Na weselu na południu Francji poznałam mojego męża. Chyba można powiedzieć, że od początku byliśmy idealnie dopasowani – ja byłam eksdziewczyną pana młodego, a on byłym chłopakiem panny młodej. Słowem - stanowiliśmy drugie połówki nieudanych związków. Po długiej relacji na odległość zrozumiałam, że Nowy Jork to coś więcej, niż tylko dom dla mojego męża. To część jego samego. Zostawiłam więc swoją pracę, karierę, sprzedałam piękne mieszkanie, samochód i przeniosłam się do małego mieszkanka na 4. piętrze kamienicy w East Village. Typowy nowojorski walk-up ze schodami przeciwpożarowymi. Malutkie. Nasza sypialnia praktycznie była w kuchni. I tak osiem lat później moje życie już nie było takie samo – opowiada Magda.

Większość Amerykanów sądzi, że Polacy przenoszą się Nowego Jorku, aby znaleźć lepsze życie. Trudno było im zrozumieć, że Magda miała bardzo wygodne życie, poukładane finanse i karierę w Polsce. Przeniosła się tutaj, bo uważała, że małżeństwo przez Skype nie było dobrym rozwiązaniem.

2008 rok był fatalnym okresem, aby znaleźć pracę w jej zawodzie – finansach – ze względu na środek kryzysu. Było wiele takich osób jak Magda. Łapała się więc różnych rzeczy. Jak przyznaje, całe życie wywróciła do góry nogami.

– Byłam świeżo po ślubie i mieszkałam z mężem (który nie mówił ani słowa po polsku) w bardzo intensywnym i szalenie konkurencyjnym mieście, bez moich przyjaciół i rodziny, w bardzo trudnym okresie gospodarczym. Ale to miasto jest wyjątkowe. Te same siły, które mogą cię przygnieść, mogą też dać ci nadzieję. To miasto nie pozwoli ci długo pozostać w dołku. Podnosi cię, daje energię i pcha w nowym kierunku, często nieoczekiwanym. Tak dokładnie było w moim przypadku.

Magda postanowiła wykorzystać wiedzę ze statystki oraz umiejętności analityczne i rozpoczęła pracę w jednej z firm social media jako analityk-strateg. A stamtąd przecież prowadzi prosta droga do… blogowania.

Pewnego dnia Magda zaczęła pisać, wrzucała do sieci pierwsze posty, wkrótce przyciągnęła do siebie grupę stałych czytelników. Nie dla niej była praca w korporacji, wolała zwolnić tempo. Wycieczki po mieście były idealnym odreagowaniem problemów, a jeszcze można było z tego stworzyć dochodową pasję. Dziś jej blog Little Town Shoes jest skarbnicą wiedzy o Nowym Jorku i życiu w tym mieście. Magda po drodze zrobiła licencję przewodnika i dziś organizuje w Wielkim Jabłku wyjątkowe wycieczki. Na fali popularności bloga napisała też książkę. Czy się tego spodziewała? Ani trochę.

– Gdyby ktoś kiedyś mi powiedział, że napiszę książkę, to powiedziałabym, że jest szaleńcem. I nadal chce mi się śmiać, gdy widzę swoją książkę w księgarni. Technicznie rzecz biorąc, napisałam książkę, ale tak naprawdę ja tylko opowiedziałem innym, jak wygląda życie i jak zwiedzać to wspaniałe miasto. Miasto tak naprawdę napisało książkę za mnie – mówi.

Czego nauczyły ją Stany? – Automatycznie na pytanie: “jak się czujesz?” odpowiadać: „dziękuję, czuję się świetnie”. Bycia przyjaznym i uśmiechniętym nawet dla obcych. Tego też najbardziej brakuje mi po powrocie do Polski – przyznaje.

Dzięki tak radykalnej zmianie stała się też odważniejsza. – Jedna z największych rzeczy, których nauczyłam się tutaj, to aby się nie przejmować i nie martwic się tym, co myślą inni. Wcześniej nie zdawałam sobie do końca sprawy, że żyjąc w kraju, gdzie większość ludzi ma podobne pochodzenie, łatwiej jest wpaść w pewne schematy myślenia. Nie jesteśmy otwarci na tak wiele różnych punktów widzenia jak w Nowym Jorku. Teraz często ubieram się, robię czy mówię rzeczy, których raczej unikałabym mieszkając w Polsce. To naprawdę jest niesamowite, jak duże poczucie wolności i możliwości bycia sobą daje to miasto. Nowy Jork został założony przez emigrantów dla emigrantów. Każdy tutaj jest z innego miejsca – opowiada.

Magda nigdy nie zapomniała o Polsce i swojej przeszłości. Jej mama i babcia nadal mieszkają w Białymstoku. Za każdym razem, gdy je odwiedza, zjada wszystkie przygotowane przez babcię przysmaki. Na zapas. Tu może się zrelaksować, pożyć nieco wolniej. Ale, jak przyznaje, Nowy Jork ma wiele wspólnego z Białymstokiem.

– Było to jedno z pierwszych miast w Polsce, w których różne kultury i religie mieszkały razem, obok siebie. Nic więc dziwnego, że język esperanto został wynaleziony właśnie tutaj. Białystok jest też obecny w Nowym Jorku, mamy nawet ulicę Bialystoker na Lower East Side. Można powiedzieć, że jestem dumną białostoczanką, warszawianką i nowojorczanką – dodaje.

Karolina Pufelska i Sophie Permetei

Karolina Pufelska i Sophie Permetei

Źródło: Archiwum prywatne

Z Tczewa do Meksyku

Karolinie, jak wielu nastolatkom, marzyła się kariera modelki. Nikt nie przypuszczał, że jej życie może się tak potoczyć. Z Tczewa trafiła do Berlina, teraz mieszka w Meksyku i zarabia na swojej nietypowej pasji. Wbrew pozorom nie na modelingu.

Skończyła studia, ale nie mogła znaleźć pracy w kraju. Zdecydowała się więc wyjechać do Berlina. Był 2011 rok. Zabrało jej trochę czasu, zanim przyzwyczaiła się do nowego miejsca. W Niemczech spędziła półtora roku. Zrobiła research w sieci i postanowiła jechać dalej. Opcje były dwie: Azja albo Ameryka Łacińska. Stanęło na tej drugiej, a konkretnie na Meksyku.

– Na początku trochę się tego obawiałam. Wiadomo, co się myśli o Meksyku. Po wyjściu z samolotu trafiasz w ręce handlarzy żywym towarem itd. Chciałam spędzić tam choć cztery miesiące. Na początku uderzył mnie kontrast pomiędzy biedą a bogactwem, który tam widać jak na dłoni. Biedne dzieci biegają bez butów, prosząc tylko o pesos. Bogaci panowie mieszkają tuż obok i pokazują swoje samochody – mówi Karolina.

W stolicy kontynuowała karierę modelki. Na jednym z pokazów poznała Niemkę Sophie Permetei. Nie wiedziała, czym dziewczyna zajmuje się po godzinach. – Umówiłyśmy się na kawę. Podczas rozmowy powiedziała mi, że jest perkusistką. Nie wiedziała, że ja też zajmuję się muzyką. I tak po kilku rozmowach zaczęłyśmy współpracować – dodaje.

Wkrótce stworzyły duet Diamonds DJs – jedyny taki na całym świecie.

Karolina i Sophie produkują muzykę elektroniczną. Kobiet w tym biznesie nie ma zbyt wiele, więc dla dziewczyn to pole do popisu. Raptem po miesiącu wspólnego grania do ich menedżera zadzwonili organizatorzy Water Castle, jednego z największych festiwali muzycznych w Ameryce Łacińskiej. – Meksykanie zawsze szukają nowych twarzy, a my byłyśmy zupełnie nowe. Teraz miałyśmy zagrać przed 15-tysięczną publicznością. Był ogromny stres, adrenalina, ale jakoś poszło. Wiemy już, jak to wygląda, i działamy dalej. Cały czas się rozwijamy, dodajemy do swoich koncertów nowe elementy – mówi.

Meksyk stał się ich drugim domem. To tu wspólnie komponują i trenują. Mają fanów w całej Ameryce Łacińskiej, szczególnie w Gwatemali, Kolumbii i Panamie. Nieustannie eksperymentują z dźwiękami. Ciężka praca nad materiałami ma swoje dobre i te gorsze strony. Pną się po kolejnych szczeblach muzycznej kariery na rynku zdominowanym przez panów. Tylko w ubiegłym roku zagrały blisko 60 koncertów, także takich przed kilkunastotysięczną publicznością. Niedawno zakwalifikowały się do rankingu 100 najlepszych DJ-ek świata. W "Top 100 DJanes 2015" zajęły 14. miejsce. Pracują razem dopiero dziewięć miesięcy, więc to dla nich ogromne wyróżnienie.

Karolina i Sophie są jak siostry. Lubią podkreślać, że taka polsko-niemiecka przyjaźń nie zdarza się zbyt często. Przyznają też, że czasem ciężko żyć z dala od rodziny. Karolina dopiero teraz, po trzech latach od wyjazdu, miała możliwość spotkania się z bliskimi. – Ja przyjechałam do Polski, Sophie została w Meksyku. Rodzice są ze mnie dumni. To samo może powiedzieć Sophie. Lajkują, komentują. Cieszę się, że zaakceptowali to, co robimy – przyznaje Pufelska. Dziewczyny są w trakcie planowania przyszłych koncertów. W tym roku będą mogły spełnić swoje marzenie o występowaniu w Azji. Choć ich życie do wolnych nie należy, to cieszą się każdymi momentami, gdy mogą pobyć z rodziną. Relaks? Sesje zdjęciowe też mogą odprężać, tak samo jak poznawanie zakamarków Meksyku.

Nastazja Domaradzka

Nastazja Domaradzka

Źródło: Archiwum prywatne

Z Opola do Londynu

Ile jest historii o Polkach, które wyjeżdżają do Wielkiej Brytanii za pracą? Takiej natomiast można szukać jak igły w stogu siana. Nastazja Domaradzka, kiedy opuszczała rodzinne Opole, o pieniądzach nie myślała, chciała podążać za marzeniami. Nie zastanawiała się nad tym, czy się uda. Krok po kroku dążyła do upragnionego celu.

Nastazja zaraz po maturze wyjechała do Irlandii. Jechała z myślą, że spędzi tam dwa miesiące, popracuje w restauracji i wróci na studia. Wyszło zupełnie inaczej.

– Poznałam pewnego Irlandczyka i stwierdziłam, że warto dać temu szansę. I tak już dziewiąty rok nam leci razem. Spędziłam rok w Dublinie, uczyłam się w Gaiety School of Acting, a w 2011 roku przeprowadziłam się do Londynu – opowiada.

Razem z przyjacielem ze szkoły założyła w 2014 roku swój własny teatr – No Offence Theatre. Nie chciała polegać na innych i czekać, aż ktoś postanowi ją zatrudnić. Zatrudniła się sama i powoli zbiera zaufanie krytyków i innych aktorów. A rzeczywistość jest ciężka. – Większość aktorów w tym kraju nie jest w stanie utrzymać się ze swojej pracy na scenie. Przerwy między zatrudnieniami mogą trwać latami. Kończyłam studia w szkole, która kładła nacisk na przygotowywanie swoich studentów do tworzenia własnej sztuki, eksperymentowanie z teatrem i niepoleganie na tym, że ktoś nam coś zaoferuje i już rok po skończeniu szkoły będziemy grać na deskach sceny narodowej – mówi Nastazja.

Robi to, co chciała zawsze robić, ale nie poprzestaje na „tu i teraz”. Jak sama o sobie mówi, jest perfekcjonistką, która cały czas myśli o tym, by zrobić coś więcej, lepiej. – Dla mnie bardzo liczą się: proces artystyczny, ludzie, z którymi współpracuję, sztuki, nad którymi pracuję. Mój najnowszy projekt to HerStory, czyli feministyczny festiwal teatralny, który był grany w sierpniu i w listopadzie. Bardzo zależy mi na tym, żeby kobiety w teatrze miały swój głos. Zależy mi też na tym, żeby teatr był polityczny, i wydaje mi się, że ta pasja robienia politycznego teatru wzięła się właśnie z Polski. Nie żałuję mojego wjazdu w żaden sposób, ale ostatnio bardzo mocno zauważam, że moje korzenie dają o sobie znać w jakiś sposób. Może jest to nostalgia artystyczna? – dodaje.

Nastazja przyznaje, że życie z dala od domu nie jest łatwe. Ona wyjechała jako 19-latka, więc podziwia te starsze od niej kobiety, które decydują się na wyjazd z kraju. Uważa, że o Polkach, które odniosły sukces na świecie, tym bardziej powinno się pisać. Skoro tak dobrze się jej układa, to czy w ogóle tęskni za Polską? Oczywiście. Inaczej się nie da. Przyznaje, że chciałaby stworzyć jakiś projekt teatralny w ojczystym kraju.

– Wychowałam się na polskim teatrze. Kiedy tylko jestem w Polsce, idę do teatru. Nie zapominam o tym, że wagarowałam w opolskim Teatrze Kochanowskiego, obserwując aktorów podczas prób generalnych, i właśnie od pewnego czasu myślę o tym, że gdyby taka okazja się pojawiła, to bardzo bym chciała w Polsce nad jakimś projektem pracować – opowiada. Czas jednak jej nie pozwala. Opole odwiedza średnio dwa razy w roku.

Czy przy tym wszystkim czuje się emigrantką? W Londynie każdy jest skądś. To miasto, które tworzą imigranci z całego świata. Każdy przyjechał do niego z innego powodu.

Jej sposób na bycie slow? Tu mieszkańcy mają na to swój patent – herbata, spacery i dobre przedstawienia. Bo w Londynie nie można się nudzić.