Partner artykułu czytaj ten artykuł
Pośpiech towarzyszy nam każdego dnia, od rana do wieczora. Coraz trudniej skupić uwagę na szczegółach, sprawach drobnych i ulotnych, bo tyle jest do załatwienia, do osiągnięcia. Czas ucieka, a my staramy się go gonić. Ale czy naprawdę musimy tak gnać? Anna, Monika i Zuzanna przekonują, że lepsze jest życie „powolne”, niespieszne. One same każdego dnia starają się celebrować ważne momenty, przyglądać się uważnie miejscom, ludziom, zjawiskom. Słuchać, patrzeć i być tu i teraz. Na tym polega ich slow life.

Już nie biegnę

Kiedyś niedzielny wieczór był dla niej traumą. Nie mogła znaleźć sobie miejsca, nosiło ją. Przerzucała telewizyjne kanały, kompulsywnie przeglądała portale społecznościowe, sprawdzając komentarze pod zdjęciami i postami ludzi, których nawet nigdy nie spotkała. Do tego ten paraliżujący stres, że zaraz poniedziałek, nowy tydzień, nowe stresy, gonitwa. W którymś momencie powiedziała sobie: „dość, już tak dłużej nie wytrzymam”. Anna pamięta ten dzień doskonale.

– Migrena ścięła mnie z nóg, nie byłam w stanie pracować, po kilku godzinach dałam za wygraną i poprosiłam szefową o zgodę na pójście do domu. Nie była zachwycona, akurat siedzieliśmy nad jakimś ważnym raportem, terminy były napięte. W domu padłam, sen był ciężki, męczący. Obudziłam się z myślą, że dotarłam właśnie do ściany. I że jeśli czegoś teraz nie zmienię, to nie wiem, co dalej.

Przyjaciółka doradziła Annie wyjazd z miasta, chociaż na kilka dni. Pojechały na Mazury, na długi weekend z jogą i wegetariańską kuchnią. Trzy godziny jazdy od Warszawy świat wyglądał zupełnie inaczej, wszystko było spokojne, zrelaksowane, niespieszne.

– Cztery dni spędzone w miejscu, w którym mój telefon nie łapał zasięgu, nie było telewizji, żadnych rozpraszających bodźców, nie musiałam się donikąd spieszyć. Przez chwilę panikowałam, że nie można się ze mną skontaktować, ale później przyszła myśl: trudno, przecież nic strasznego się nie dzieje. Zrozumiałam, że świat się nie kończy wraz z utraconym dostępem do sieci. Byłam tu i teraz – ze sobą.

To olśnienie przyszło ponad rok temu. Dziś Anna korzysta z tamtych doświadczeń i przemyśleń. Wprowadziła w życie plan, który nazwała „Zwolnij”.

Pracę ma tę samą, w korporacji, ale stara się inaczej o niej myśleć. Nie goni już na oślep, tylko stara się skupić na poszczególnych zajęciach. Pamięta też, by się nie napinać, by wyluzować. Bo nie ma nic gorszego niż kumulowanie stresu.

– Przestałam robić kilka rzeczy na raz. Kiedyś myślałam, że tak trzeba, że to przyspieszy pracę. Teraz wiem, że jest dokładnie odwrotnie. Staram się robić wszystko w skupieniu, myśleć o tym, co akurat przede mną. Wyciszam komórkę, nie włączam Facebooka ani innych rozpraszaczy. Na początku było trudno, bo wydawało mi się, że tam – w sieci – dzieje się właśnie tyle ciekawych rzeczy, a mnie to wszystko omija. Dziś wiem, że tak nie jest. Świat się nie zawali, jeśli nie przeczytam najnowszych postów znajomych.

Po pracy Anna jeździ na jogę i basen. Kiedyś nie miała do tego cierpliwości, rzucała zajęcia po kilku tygodniach. Teraz ćwiczy regularnie, czuje nawet coś w rodzaju uzależnienia od aktywnych wieczorów.

– Pierwszym krokiem było wpisanie dodatkowych zajęć do kalendarza, potem już tylko systematyczność i samozaparcie. Nie zmuszam się, po prostu czuję, że to dobre dla mnie. Zwolniłam tempo, a dzięki temu odkryłam, że moje ciało też ma swoje potrzeby. Kiedyś bolał mnie kręgosłup, cierpiałam na bóle głowy, dziś – jak ręką odjął. Życie slow jest dla mnie, aż dziwne, że dopiero teraz to odkryłam.

Żyć wolno, bliżej innych

–Zawsze lubiłam oswajać sobie przestrzeń, w której żyję – mówi Monika Kucia, dziennikarka kulinarna, promotorka regionalnych i lokalnych produktów, projektantka kulinarnych wypraw po Polsce. Idea powolnego życia towarzyszy jej na co dzień.

Monika Kucia (fot. Monika Motor)

Monika Kucia (fot. Monika Motor)

–„Slow” oznacza dla mnie tyle, że siadam z bliskimi ludźmi do stołu, mam dla nich czas, skupiam się na tym, co tu i teraz. Nawet gdy kupuję jedzenie, chcę wiedzieć, skąd pochodzi, chcę znać ludzi, którzy wyprodukowali to, co będę jadła. Gotuję rosół, wytapiam smalec, piekę ciasta. W ten sposób pokazuję moim dzieciom, że trzeba czasu, by coś urosło. Mam tu na myśli ciasto, zaczyn, dojrzewanie. Poza tym gotowanie jest czynnością , która pozwala uspokoić oddech, zatrzymać się. To coś zupełnie przeciwnego do pospiesznego życia, które mamy na co dzień.

Monika hoduje zioła, razem z sąsiadami sadzi rośliny. Wspólnie organizują też sąsiedzkie uczty.

– Dwa razy do roku ustawiamy na podwórku kamienicy stoły, krzesła, nakrywamy dla każdego i spędzamy czas na biesiadowaniu, rozmowie. Bez pośpiechu, delektując się tą chwilą. Nasze dzieci się znają, spędzają wspólnie dużo czasu, odwiedzają się. Jesteśmy sobie bliscy, lubimy się.

Tak właśnie jest w otoczeniu Moniki: znają się z panią z kiosku, z właścicielem pobliskiego punktu ksero, z rodzicami dzieci z tej samej klasy. Większość mieszka w promieniu kilkuset metrów, nie zamykają się na innych, podtrzymują znajomości, pomagają sobie.

– To nawet nie jest kwestia pożyczenia cukru czy soli od sąsiada, my pomagamy sobie w każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji. Mnie to bardzo w życiu pomaga, takie zainteresowanie drugim człowiekiem. Dzięki temu nie jesteśmy anonimowi, tworzymy wspólnotę.

Monika Kucia świadomie konstruuje swoje życiowe plany i dokonuje przemyślanych wyborów. Uczestniczy w kulturze (teatr, sztuki piękne), ale nie pochłania masowej rozrywki. Bardzo rzadko kupuje ciuchy, omija centra handlowe. Nie ma samochodu, chodzi piechotą albo jeździ rowerem. Dzieci mają szkołę kilka kroków od domu – chodzą tam same.
– To też oznacza dla mnie „slow”. Lubię się nie spieszyć. Dużo gapię się w okno, lubię patrzeć na zmieniającą się przyrodę. Praktykuję ciszę i samotność, świadome bycie ze sobą.

Zawodowo Monika sporo podróżuje, odwiedza lokalnych producentów, odkrywa regionalne specjalności . Ceni sobie podróżowanie w wolniejszym tempie, gdy jest czas na wałęsanie się, wdychanie zapachów, podziwianie urody miejsc.

Mniej znaczy więcej

Zuzanna Groniowska uciekła z korporacji i wciągnęła się w działania ruchu Slow Food. Ostatnio zajmuje się dostarczaniem żywności eko, wcześniej prowadziła m.in. warsztaty gotowania dla dzieci i dorosłych, organizowała targ z wyrobami spożywczymi prosto od producentów.

Zuzanna Groniowska (Archiwum prywatne)

Zuzanna Groniowska (Archiwum prywatne)

–„Slow” to dla mnie przede wszystkim żywność. Jestem fanką samodzielnego gotowania, ze składników dostępnych blisko, regionalnych. Cenię i wspieram lokalnych producentów, to u nich robię zakupy. Lubię pieczenie chleba, ale też eksperymentowanie w kuchni.Ważne jest, by żywność szanować, by wykorzystywać składniki w całości, na przykład mięso – do ostatniego kawałka, owoce i warzywa także, nawet jeśli są to niezbyt ładne okazy, końcówki zbiorów. Znam rolników, którzy na koniec sezonu zapraszają na swoje pola i zachęcają do zbierania takich resztek. Chętni są i to mnie bardzo cieszy.

Idea powolnego życia to dla Zuzanny także codzienna uważność i szacunek dla otoczenia. Oraz dla gospodarności. Przyznaje, że nigdy nie miała nadmiaru rzeczy, nie ma też problemu z wyrzucaniem tego co zbędne. W czasach, gdy ludzie gonią za tym, by mieć, ona woli być. Jeśli już coś gromadzi, to raczej wiedzę, doświadczenie.

– Chętnie wymieniam się z innymi, uwielbiam spotkania, podczas których ludzie dzielą się przepisami kulinarnymi, różnymi umiejętnościami, na przykład szycia czy szydełkowania.

Zrezygnowała z poruszania się po mieście samochodem, jeździ komunikacją miejską albo na rowerze. Zaskoczyło ją, jak przyjemna potrafi być taka podróż. Bez stania w korkach, bez stresu za kierownicą, ale za to z uważnym przyglądaniem się temu, co dookoła.

W ideę życia slow wpisują się też spotkania klubów książkowych, wieczory z grami planszowymi czy warsztaty produkcji kosmetyków domowej roboty. Najważniejsze to znaleźć czas dla siebie i dla innych, nie spieszyć się. Taka powolność daje wiele radości i satysfakcji.